Marta Titaniec: chcemy, by w miejscu zranienia można było znaleźć uzdrowienie

– Chcemy zaoferować pomoc, by w miejscu zranienia można było znaleźć uzdrowienie – mówi w rozmowie z KAI Marta Titaniec, członkini zarządu Fundacji Świetego Józefa powołanej przez Konferencję Episkopatu Polski, by wspierać osoby pokrzywdzone w przeszłości na skutek wykorzystywania seksualnego przez osoby duchowne.

Dawid Gospodarek (KAI): Fundacja Świetego Józefa funkcjonuje już od kilku miesięcy. Na jej fundusz składają się pieniądze od polskich księży i biskupów. Czy wszystkie diecezje wpłaciły już umówioną kwotę? Czy były z tym jakieś problemy?

Marta Titaniec: Na dzień dzisiejszy wszystkie diecezje wpłaciły na Fundację. Fundusz założycielski zapisany w statucie Fundacji udało się zebrać na czas. Z zebraniem całości były lekkie opóźnienia, ale w efekcie środki z diecezji wpłynęły na konto Fundacji.

KAI: Czy to była jednorazowa wpłata, czy może będą cyklicznie?

- Biskupi diecezjalni zobowiązali się, że wpłaty na działalność Fundacji będą dokonywać każdego roku. Partycypacja finansowa diecezji jest proporcjonalna do liczby należących do nich duchownych: 150 zł od księdza, 2 tys. od biskupa.

KAI: Czy masz wrażenie, że wszyscy księża rozumieją, po co istnieje Fundacja i chętnie ją wspierają finansowo, czują osobiste zobowiązanie?

- Z tego co wiem, samo powołanie Fundacji nie budziło kontrowersji wśród biskupów. Istniała chyba dość powszechna zgoda co do potrzeby utworzenia podmiotu, który byłby konkretnym wsparciem wszystkich działań będących odpowiedzią Kościoła w Polsce na dramat wykorzystania seksualnego małoletnich. Więcej pytań rodził sposób finansowania Fundacji.

Martwią mnie niektóre głosy wśród duchownych, którzy pytają, dlaczego mają płacić za księży pedofilów. Fundacja nie powstała dla zadośćuczynienia za sprawców lub sugerowania, że każdy ksiądz odpowiada za pedofilię, ale jako wyraz odpowiedzialności za solidarne wsparcie pokrzywdzonych oraz ochronę małoletnich we wspólnocie Kościoła. Chcemy zaoferować realną pomoc, by w miejscu zranienia można było znaleźć uzdrowienie. Jezus powiedział, żeby wziąć swój krzyż, a sytuacja jaką przeżywamy w Kościele jest właśnie naszym wspólnym krzyżem. Jeden z księży, na początku sceptyczny wobec Fundacji, podczas rozmowy sam przywołał obraz Szymona z Cyreny, który na początku opierał się, aby pomóc nieść krzyż. Potem jednak krzyż stał się dla niego błogosławieństwem. Pomoc Kościoła pokrzywdzonym przemocą seksualną przez osoby duchowne jest dla mnie jednym z najpiękniejszych świadectw współczesnego Kościoła i egzaminem z wiarygodności głoszonego słowa.

KAI: Co do tej pory konkretnego robiła Fundacja, poza opracowaniem statutu, rejestracją i zbiórką? Jakie inicjatywy zostały wsparte?

- Po utworzeniu niezbędnego zaplecza do funkcjonowania Fundacji, rozpoczęliśmy pracę nad precyzyjnym określeniem potrzeb poszczególnych diecezji. Mamy już za sobą ok. 35 rozmów z przedstawicielami diecezji, a przed nami kolejnych 10. Te spotkania dają nam ogromną wiedzę na temat tego, co w danych diecezjach jest robione w temacie ochrony małoletnich i pomocy osobom pokrzywdzonym. To ogromnie ważne, gdyż Fundacja ma działać w ścisłej współpracy z diecezjami. Ważnym zadaniem, nad którym pracujemy, jest również precyzyjne określenie kompetencji, pól współpracy i poziomów odpowiedzialności istniejących dziś podmiotów zajmujących się od różnych stron tym samym tematem, tj. Biuro Delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży, Fundacji oraz Centrum Ochrony Dziecka. Ponadto pozyskaliśmy do współpracy prawników, bo wiele spraw wymaga uprzednio analizy prawnej pod kątem istniejącego prawa, aby udzielana pomoc była transparentna i oparta o wypracowane standardy.

Jeśli chodzi o pomoc samym pokrzywdzonym oraz tym, którzy niosą im wsparcie, to opłacamy już indywidualne terapie osobom, wobec których odpowiedzialność diecezji nie jest oczywista ze względów prawnych. Wspieramy również istniejące już działania Centrum Ochrony Dziecka oraz kampanię informacyjną i pierwszą grupę terapeutyczną w Kościele utworzoną w ramach inicjatywy "Zranieni w Kościele".

KAI: Jakie są jeszcze plany w najbliższej działalności Fundacji?

- Wiem, że trzeba odpowiadać na konkretne potrzeby i jednocześnie mieć długofalową wizję tego, jak pomagać. Na pewno wyzwaniem jest kontynuacja szkoleń, podnoszenie kompetencji osób pracujących w diecezjach, bezpośrednia pomoc pokrzywdzonym w porozumieniu z diecezjami, wsparcie istniejących form pomocy.

KAI: Czy do Ciebie bezpośrednio zgłaszają się ofiary?

- Tak, kontaktują się e-mailowo lub telefonicznie. Prośby dotyczą najczęściej pomocy psychologicznej, np. pokrycia kosztów terapii. Każdą z osobna sprawę staram się konsultować z koordynatorem diecezjalnym, który jest rodzajem pomostu między poszczególną diecezją a Fundacją. Według obowiązujących w Kościele wytycznych to biskup diecezjalny jest w pierwszej kolejności zobowiązany do udzielenia takiej pomocy. Fundacja ma wspierać tę pomoc, ale nie zastępować jej.

KAI: Niektóre diecezje już musiały wypłacić ofiarom zasądzone odszkodowanie, toczą się kolejne procesy. Jak na to patrzysz? Czy spodziewasz się, że będzie więcej takich spraw? Czy możliwe, że dojdzie i u nas do bankrutowania diecezji, jak np. w USA?

- Nie chcę tworzyć scenariuszy na przyszłość. Osoby pokrzywdzone mają prawo oczekiwać uznania swoich praw do zadośćuczynienia poprzez formy przez siebie wybrane. Mam jednak wrażenie, że oczekiwanie odszkodowania pojawia się wtedy, kiedy inne środki wołania o sprawiedliwość zawodzą. Z relacji osób pokrzywdzonych wiem, że zgłaszając sprawę, oczekują po prostu sprawiedliwości, domagają się uznania swoich krzywd, przyznania, że to co ich spotkało, było złem. Jeśli spotykają się z oporem, niezrozumieniem lub odrzuceniem, wzrasta w nich poczucie krzywdy.

KAI: W jednym z wywiadów wspominałaś, że sama czujesz tu powinność nie tylko, by czekać aż ktoś pokrzywdzony się zgłosi, ale wręcz by takich osób szukać. Wiesz może, czy do osób, które wystąpiły w pierwszym filmie braci Sekielskich, zwrócono się z jakąś pomocą?

- Przez pewną osobę pokrzywdzoną próbujemy dotrzeć do jednej z bohaterek pierwszego filmu. Nie jest to proste, gdyż osoba odmawia pomocy choć wiemy, że jej potrzebuje. Pojawia się pytanie czy mamy kontaktować się z nią wbrew jej woli, czy jednak uszanować jej decyzję i poczekać aż sama zadzwoni. Są to tego typu dylematy, wobec których ocena czy przyjęta strategia działania była dobra czy nie, okazuje się po czasie.

KAI: Czy podjęłaś jakieś działania w związku z najnowszym filmem braci Sekielskich „Zabawa w chowanego"? Co myślisz o tezie, że przez rok od ostatniego filmu w Kościele w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło?

- Mamy kontakt z osobami występującymi w drugim filmie. Mamy za sobą już niejedno spotkanie. Zaoferowaliśmy pomoc według potrzeb. Jest to według mnie dobry kontakt, rozmawiamy szczerze. Wiem już, że przyjęcie z szacunkiem takich osób, danie im przestrzeni do opowiedzenia swojej krzywdy i bólu, jest w ogóle początkiem i absolutnym minimum. Wtedy nawiązuje się relacja, wtedy też pojawia się dialog, którego chyba trochę obecnie brakuje.

Aktualnie rozmawiam z koordynatorami diecezjalnymi oddelegowanymi do kontaktu z Fundacją. Słyszę, że ci, którzy oferują pomoc, spotykają się z odmową osób pokrzywdzonych. Zaczęłam się zastanawiać, w czym jest problem. Potrzeba ludzi szukać i oferować im pomoc, z wyczuciem i ze świadomością, że mogą odmówić. Szukanie to też nie zniechęcanie się, jeśli o kontakt trzeba zabiegać.

Co do działań z ostatniego roku: też bym chciała, by pewne rzeczy szły szybciej niż idą. Widzę już jak diecezje mają różne prędkości, i to zaczynając od zwyczajnego poziomu empatii osób zajmujących się pomocą, aż po system prewencji i reagowania. Posłużę się znowu słowami papieża Franciszka interpretującego przypowieść o młodzieńcu z Nain. Jezus ulitował się nad wdową, która chowała swojego jedynego syna i wskrzesił go. Franciszek wytyczył nam na tym przykładzie 4 kroki postępowania z pokrzywdzonymi: zobaczyć cierpienie, ulitować się, przystąpić do działania i pomóc żyć.

KAI: Inicjatywa "Zranieni w Kościele" uzyskała ostatnio wsparcie od Fundacji w postaci druku i rozesłania plakatów informujących o jej działalności. Apel o rozwieszenie tych plakatów z wyjaśnieniem działalności Inicjatywy i potrzeby takiej akcji dla osób pokrzywdzonych wystosował Prymas Polski jako delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży. Jednak wydaje się, że niektórych diecezjach nie spotkało się to z otwartości?

- Inicjatywa "Zranieni w Kościele" jest telefonem zaufania prowadzonym przez świeckich katolików dla osób dotkniętych przemocą seksualną w Kościele. Telefon jest czynny w każdy wtorek od godz. 19 do 22, za pośrednictwem którego osoby skrzywdzone zostają wysłuchane i otrzymują anonimowe, bezpłatne, dyskretne i profesjonalne wsparcie, które może polegać na rzetelnej informacji o tym, gdzie można uzyskać pomoc psychologa, prawnika, duszpasterza, a także w jaki sposób zgłosić przestępstwo do właściwych instytucji państwowych i kościelnych. Jeżeli tego potrzebują, osoby pokrzywdzone mogą też liczyć na towarzyszenie w zgłaszaniu organom ścigania lub władzom kościelnym.

Archidiecezja częstochowska poinformowała o własnej akcji, która polega na wywieszeniu w gablotach parafialnych informacji o telefonach delegata i duszpasterza osób zranionych. To bardzo dobry pomysł. Pionierem w tym względzie jest archidiecezja krakowska, która już w zeszłym roku przeprowadziła podobną kampanię informacyjną. Nie widzę jednak przeszkód, aby te dwie informacje wisiały obok siebie, ani też jedna nie zastępuje drugiej. Obie są dobrymi i potrzebnymi propozycjami skierowanymi do osób pokrzywdzonych.

KAI: Ta inicjatywa spotkała się jednak z szerszym oporem. W niektórych mediach da się dostrzec wręcz kampania skierowana przeciw tej inicjatywie. Ks. prof. Dariusz Oko z UPJPII w Radiu Maryja nie tylko postawił oskarżenia w stronę twórców inicjatywy „Zranieni w Kościele”, ale dostało się również prymasowi. Stwierdził, że większość księży i wielu biskupów sprzeciwia się takiej akcji, która według niego sugeruje, że każdy ksiądz jest pedofilem. Co o tym myślisz?

- Kościół wie, że nie ma dzisiaj innej drogi niż danie głosu pokrzywdzonym i wsłuchanie się w ten głos. Do tej pory nie było to takie oczywiste. Inicjatywa służy tylko dobru osób skrzywdzonych i nie widzę w tym zagrożenia dla wizerunku Kościoła. Powtarzam - inicjatywa, której również jestem współautorką, wyrosła z potrzeby wsparcia osób skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i jako katolicy świeccy chcieliśmy dać możliwość osobom, które do Kościoła by nie przyszły. Okazało się to bardzo trafną intuicją, większość telefonów dotyczyło spraw wcześniej nie zgłaszanych. To jest właśnie szukanie osób, a nie wskazywanie kto jest winny. Inicjatywa "Zranieni w Kościele" nie jest skierowana przeciwko komuś, jest to pomoc osobom pokrzywdzonym, a do tego, że trzeba pomóc, wszyscy jesteśmy zgodni. Szukajmy najlepszych metod i dróg dotarcia, by znaleźć tych, którzy potrzebują naszej pomocy, a z różnych względów nie odważą się przyjść do struktur kościelnych.

Dawid Gospodarek / Warszawa

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama